Głosy o Wojciechu Karpińskim


Aleksander Wat

null

Odwiedza mnie uroczy chłopiec z Warszawy, Wojtek Karpiński (podkochiwałem się w młodości w jego matce, z daleka). Przed wyjazdem do Ameryki przyprowadził go do mnie na Rue Bonaparte Zygmunt [Hertz] w charakterze raroga (czy rarogu?), bo był on admiratorem mojego Haku i klucza, a nawet wierszy. Kończy romanistykę i filozofię, inteligencja nie tylko zdumiewająca siłą analizy i wyobraźni, co się w Polsce zdarza często, ale umiarem sądów, dojrzałością ich i wyważeniem. No i smakiem wytrawnym (bez super duper mód) i wrażliwością na poezję i myśl. Oto jego obraz: „taki poeta jak Miłosz zdarza się raz na sto lat, po Norwidzie nie było takiego”... To powinno być ważne dla Ciebie, bardzo ważne... Trudno o lepszego czytelnika. 

(22 X 1965, z listu do Czesława Miłosza)


Jarosław Iwaszkiewicz

null

Na szczęście istnieją jeszcze nie tylko historycy sztuki, ale po prostu ludzie kochający sztukę. W niezwykle pięknym szkicu Wojciecha Karpińskiego Pamięć Włoch czytamy: „A przecież to malarstwo (malarstwo Caravaggia) powinno być bliskie wrażliwości autora Obrazów Włoch: przełamywanie się epok i stylów jest w nim doskonale uchwytne, a jednocześnie jaskrawo dochodzi do głosu indywidualny talent, syntetyczne i twórcze widzenie świata, które ponad epokami i stylami — czerpiąc z nich zmienne inspiracje formalne  stara się wyrazić odwieczne problemy ludzkiej egzystencji”.

A potem Karpiński radzi „urządzić sobie spacer po Rzymie śladami Caravaggia”. Jakaż to wielka radość dla mnie przeczytać te słowa. Ostatnio często bywałem w Rzymie, a za każdym razem zaczynam mój pobyt od tej pielgrzymki. Najpierw kościół San Luigi dei Francesi i Powołanie św. Mateusza

Czytając słowa Karpińskiego cieszyłem się jak dziecko, a właściwie jak starzec, który odnajduje echa swoich odczuć w odległych pokoleniach. Już ojciec Wojciecha Karpińskiego jest „niższy” ode mnie o jedno pokolenie. A jednak ta sprawa Caravaggia połączyła nas we wspólnym nabożeństwie.

(„Życie Warszawy” 6-7 V 1973)


Antoni Libera

null

Na łamach „Twórczości”, w dziale „Na widnokręgu”, regularnie, od szeregu miesięcy ukazują się krótkie eseje Wojciecha Karpińskiego. Zwracają one na siebie uwagę nie tylko wybornym stylem, jakim są napisane, ale głównie rodzajem problematyki, jaką w nich autor porusza. Za przedmiot rozprawek Karpiński wybiera zawsze książkę, lub postać mniej znaną, bądź niedocenioną lub pozostającą na uboczu, bądź wreszcie taką, o której w ogóle mało kto wie. Autorzy, o których pisze to m.in. Wiktoria Śliwowska (autorka świetnej pracy W kręgu poprzedników Hercena), włoski pisarz Nicola Chiaromonte, markiz de Custine, Paweł Muratow, J. L. Talmon. Jednakże nie o samych autorów i ich książki tu chodzi, choć na pewno niezwykle sprawny wykład Karpińskiego dając rzetelną porcję wiedzy na temat tych mniej znanych, a wyjątkowych przecież postaci, buduje wyrazisty ich portret, jakiego próżno by szukać w rozwlekłych na ogół monografiach czy podręcznikach. Karpińskiego interesują w istocie problemy nadrzędne, a wybierane lektury służą mu zaledwie jako pretekst. Spośród szkiców publikowanych w ciągu ostatniego półrocza [1973] i kilku wcześniejszych łatwo dają się wyróżnić dwa zasadnicze tematy, które zdają się najbardziej zaprzątać myśl eseisty. Pierwszy z nich — to problematyka carskiej Rosji w XIX wieku i jej wpływ na Polskę w owym czasie; drugi — powstawanie i mechanizm ustroju totalitarnego, głównie w hitlerowskich Niemczech, ale nie tylko…

Eseje Wojciecha Karpińskiego — pełne wyrafinowanej erudycji i błyszczącej inteligencji — zawsze otwierają przed nami nowe pola treści i poszerzają wiedzę o informacje nieobjęte na dobrą sprawę żadną dyscypliną. Są syntezą refleksji historiozoficznej i krytycznoliterackiej, łączą w sobie wnikliwość analizy z prostotą wypowiedzi.

(„Literatura” 2 VIII 1973)


Stefan Kisielewski

null

Powtarzam, trzeba umieć czytać! Ostatnio w tej materii miałem ciekawą kontrowersję. Odwiedził mnie mój hagiograf, biograf i przyszły nekrologista, Wojciech Karpiński, ostatnio niestety kandydat na pięknoducha, wielbiciel Gombrowicza, włoskiego renesansu oraz rozmaitych lirycznych wierszyków. Zastał mnie pogrążonego w lekturze, a stół mój przykrywały rozmaite pisma: „Argumenty”, „Prawo i Życie”, „Sztandar Młodych”, „Szpilki”, „Żołnierz Wolności”, „Sygnały” (tygodnik kolejarza), „Miesięcznik Literacki", „WTK"', „Perspektywy”, „Zielony Sztandar” i inne.

Młody Wojciech załamał ręce w ogromnym zdumieniu. — Co znaczy ta masowa lektura?! — jęknął. — Cóż mają wspólnego z sobą te dziwacznie podobierane tytuły?! Czyż to nie jakaś aberracja?! Czy nie lepiej czytać piękne książki?!

Odrzekłem na, to Wojciechowi poufale Karpiem zwanemu (rzadka to dzisiaj ryba), że popełnia błąd taki jak doktor Watson, który, znajdując w gabinecie współlokatora swego Sherlocka Holmesa, lektury z najrozmaitszych, na pozór nie powiązanych ze sobą dziedzin wiedzy, pochopnie wnioskował o tegoż Holmesa niepoczytalności, ani się domyślając, jaki jest jego prawdziwy zawód. Tymczasem ja również tropię (staram się) współczesną psychologię; usiłując odcyfrować jej wspólność w miejscach najrozmaitszych, gdzie manifestuje się ona w sposób organiczny i naturalny, niewymuszony, bo mimowolny. To co w niej jest codzienne i normalne a dla mnie, ukształtowanego czasach Gombrowiczowskich, niezwykłe, to właśnie stanowi miąższ naszej rzeczywistości, jej budulec. Ale kto z tego budulca zrobi literaturę?! I to literaturę o własnościach poznawczych?! Bo Gombrowicz, jak słusznie zauważył tenże Wojciech Karpiński, poznawał głównie własne wnętrze, z którego czerpał materiał do pewnych uogólnień. Też piękna metoda, ale nie mogą wszyscy robić tego samego. Zwłaszcza gdy ktoś bardzo sobie ceni zewnętrzne realia, związane z czasem i miejscem, ktoś, kto może bardziej by wolał je kolekcjonować i uwieczniać, niż analizować, tudzież przesycać swoim wnętrzem. Są różne gusta i różne epoki.

Karp próbował protestować w imię, jak ja mniemam, przebrzmiałych tutaj i artystowskich ideałów, lecz nie rozumiał, że jest w tym dla mnie również, choć à rebours egzotyczny, bo on człek urodzony i wychowany po wojnie, potraktowany być musi dialektycznie, nie jako subiekt, lecz jako twór i świadectwo epoki: gdy ze mną na pozór rozmawia, to w istocie wcale nie rozmawia, lecz o czymś świadczy. Wojciech wyczuł jednak po chwili beznadziejność swego położenia i wyszedł, wzruszając ramionami oraz pukając w czoło (własne). Ładnie będzie teraz wyglądać mój nekrolog!

(„Tygodnik Powszechny" 1980 nr 14)


Adam Michnik

null

Wolność jest głównym tematem pisarstwa autora Demokracji w Ameryce. Ta sama wolność jest głównym tematem pisarstwa Wojciecha Karpińskiego i jego książki Cień Metternicha

Niewielu jest w tym pokoleniu ludzi, którzy by tak świadomie i konsekwentnie modelowali swoją biografię; którzy by tyle staranności wkładali w każdy ze swych publicznych gestów… Wojciech Karpiński zaczął publikować na przełomie lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych, u schyłku rządów ekipy Gomułki. Wtedy też go poznałem. Niewiele zdążył jeszcze opublikować, ale każda rozmowa z nim była przeżyciem, każde jego odezwanie się zdradzało niezwykłą erudycję i głęboko przemyślany system poglądów i ocen.

Był konserwatystą, na ogół jednak we wcieleniu liberalnym, a nie reakcyjnym. Był też - dla mnie przynajmniej — modelowym przykładem „wewnętrznego emigranta”; intelektualisty, który całkowicie zanegował otaczający go świat politycznych instytucji i obiegowych pojęć… Prawdziwe życie umysłowe było dlań na emigracji: książki Gombrowicza, Miłosza, Herlinga-Grudzińskiego, eseje Czapskiego, Jeleńskiego i innych. Dorobek emigracji znał świetnie, wnikliwie potrafił analizować jej dokonania i perspektywy. Wiedział właściwie wszystko, czym nieodmiennie wprawiał mnie w osłupienie. Poza tym, szukając korzeni współczesności, zagłębiał się w XIX wiek. …Cały nurt refleksji wywodzący się z myśli Marksa uważał za stek nonsensów, a lekturę tych książek — za stratę czasu…

Dla ludzi aktywnie zaangażowanych w działalność polityczną eseje Wojciecha Karpińskiego mogę mieć znaczenie szczególne - są propozycją namysłu nad wartościami prymarnymi; namysłu snutego poza taktyką i z dala od zgiełku spraw bieżących. Taki namysł jest potrzebny. Bardzo potrzebny.

…Studiując myśl zachodnią, zwraca swój wzrok ku ludziom, którzy wagę wolności rozumieli. Stąd tyle szkiców o Actonie o Monteskiuszu, Tocqueville’u i markizie de Custine. Nazwiska te układają się w skorowidz wybitnych twórców postaw wolnościowych, w przewodnik po najważniejszych świadectwach ducha wolności. W ten sposób Karpiński konstruuje własny kanon tradycji i kanon lektury. Jego książka to samouczek dla tych, którzy chcą poznać smak i wymiar wolności…

Ja, jego przyjaciel, powiedziałbym o nim to, co cytowany przezeń Zdziechowski o Chateaubriandzie: „Umiał on w pięknej harmonii połączyć trzy rzeczy, które rzadko idą razem: gorące przywiązanie do wiary przodków, rycerską cześć dla tradycji, głębokie przejęcie się ideą wolności ze wszystkimi jej postulatami”…

W chwilach triumfu przemocy i kłamstwa, jego szkice nabierają dodatkowego blasku. Są jak gwiazdy w ciemnościach, te gwiazdy, które Heine nazywał „złotymi myślami nocy”.

Areszt śledczy - więzienie mokotowskie. Warszawa, październik 1983

(Fragment szkicu Blask Tocqueville’a, cień Metternicha, „Zeszyty Literackie” 1984 nr 6, napisanego z okazji wydania książki Wojciecha Karpińskiego Cień Metternicha)


Konstanty A. Jeleński

null

Trudno Wojtka Karpińskiego uważać za „typowego” przedstawiciela swojego pokolenia, ale mamy tu — po raz pierwszy bodaj — precyzyjną analizę postawy i rozwoju spowodowanego wrodzoną alergią systemu, w którym się wychował.

Autochton muzeów i bibliotek, nie ma on nic z mola książkowego, z Gombrowiczowskich czytelników Trans-Atlantyku, przeżuwających „dzieła” na półkach biblioteki Gonzala. Jego wzory to Valery Larbaud, Edmund Wilson, Jerzy Stempowski, niespieszni przechodnie, erudyci, dla których przeszłość jest kluczem do teraźniejszości, książka osobistym przeżyciem, obraz lekcją wizji codziennej. Poza Józefem Czapskim nie znam chyba nikogo, kto by miał „oko” tak wyrobione i tak własne, nic dziwnego, że ich spojrzenia są często odmienne, ale zawsze rewelacyjne…

Najbliższy jest mi jednak Wojtek Karpiński tym, że jak mało kto dzisiaj zachował zdolność podziwu i przyswajania sobie tego, co podziwia w sposób — powiedziałbym — organiczny.

(Fragment szkicu Następstwo pokoleń, „Kultura” 1983 nr 6/429, napisanego z okazji wydania książki Wojciecha Karpińskiego Amerykańskie cienie).


Józef Czapski

null

Jestem pod wrażeniem ostatniego artykułu Wojtka Karpińskiego w 16. numerze „Zeszytów Literackich”. Artykuł Wojtka pt. Broń ostatnia, a ogólny tytuł: Listy z Paryża. Zachwycił mnie. Ja mam wrażenie, że to jest człowiek, który umie czytać jak nikt. Zaczyna epoką mickiewiczowską, a kończy dialogiem: Miłosz i Gombrowicz. On porusza ten temat jakby on pierwszy o tym pisał, bez żadnej zaciekłości, ale z jaką uwagą. To jest chyba jedyny człowiek na emigracji dzisiaj, który mi daje takie pożywki […].

Mogę go tylko porównać z Bocheńskim, który zginął w kampanii włoskiej, i który jak on był rodzajem Wunderkinda, tyle że Wojtek to nie polityka, ale poezja. Jego też bardzo pokochałem

(1986–1987, z listów do Zygmunta Mycielskiego

szkic Broń ostatnia został ogłoszony w tomie Książki zbójeckie)


Jan Kott

null

Na barwnej okładce książki Karpińskiego chłopak odwrócony jest tyłem, patrzy na obrazy, na tylnej okładce — autoportret Czapskiego, poznaję jego spojrzenie. Znam obrazy i rysunki Czapskiego tylko z reprodukcji, ale zobaczyłem je, nie wiem czy to jest właściwe słowo, ale nie mogę znaleźć innego, w esejach Karpińskiego. Pisze o obrazach jak malarz, ale może i wzorem samego Czapskiego („malujemy nie tylko kolorami, ale i uczuciem”), widzi w obrazach malarza, przekaz jego wewnętrznego życia, a nie tylko życiowej anegdoty i w samej biografii uchwytuje malarstwo albo może dojrzewanie do malarstwa w lęku i uporze… Czapski był nie tylko malarzem, i nawet nie tylko świadkiem niemal całego XX wieku, był Osobą albo, jak można powiedzieć niedołężnie, wieloma Osobami, przywrócenie ich naszej świadomości jest zasługą Wojciecha Karpińskiego.

(„Zeszyty Literackie” 1996 nr 4 / 56 z okazji wydania książki Wojciecha Karpińskiego Portret Czapskiego)


Jacek Woźniakowski

null

Kiedy się czyta książkę Karpińskiego o Czapskim, ten staje się obecny — cóż lepszego mógłbym o jego książkowym portrecie powiedzieć. Karpiński tak intensywnie zagłębia się w rozmowę z Czapskim, że jakby zapominał o wycelowanym w piszącego obiektywie czytelnika, Czapski najprościej dochodzi do głosu; mówią o wielu rzeczach, które ich obu pasjonują. Lecz tajemnica rozmów z Józiem to były nie tylko mądre i przenikliwe jego słowa, ale cała nadzwyczajna osobowość. Autor Portretu Czapskiego czujnie i wiernie ją widzi i w kolejnych przybliżeniach daje wcale nie protokół tego dialogu, lecz przede wszystkim jego aurę — zostajemy jakby mimochodem, bez literackich fioritur, uczestnikami tej rozmowy, bezpośrednio, prawdziwie.

(„Zeszyty Literackie” 1996 nr 4 / 56)


Gustaw Herling-Grudziński

null

Pamięć Włoch jest dziełem dobrej znajomości tego kraju i wielkiej wrażliwości artystycznej autora. Tylko takie skrzyżowanie wydaje dobre owoce… Podróżując po Włoszech i wzbogacając ciągle ich pamięć — bądź to na sposób „samotnego wędrowca” (i historiozofa) Jerzego Stempowskiego, bądź metodą amerykańskiego doktoranta historii sztuki Bernarda Berensona, który na osiołku wędrował od kościoła do kościoła w poszukiwaniu arcydzieł malarstwa włoskiego —wierny jest tradycji poznawania Włoch wytyczonej przez Muratowa. Odnajduję się w słowach młodego Karpińskiego (ja, który od przeszło czterdziestu lat mieszkam we Włoszech), że „Włochy będą zawsze szczególnie bliskie tym, którym bliski jest obraz swobodnej jednostki… czującej ziemię pod nogami, wsłuchanej w bicie serca i krwi, obdarzonej sumieniem, spoglądającej w niebo z obawą i nadzieją”.

(„Zeszyty Literackie” 1997 nr 4 / 60)


Paweł Hertz

null

Pamięć Włoch Wojciecha Karpińskiego jest jedną z najpiękniejszych polskich książek o Włoszech. Jej pierwsze wydanie ukazało się w momencie dramatycznym, wkrótce po wprowadzeniu stanu wojennego, autor znalazł się poza krajem.. Karpiński wyjechał do Włoch z polskiego zamętu. jego działalność, poprzedzająca eseje o Włoszech, tylko pozornie nie ma z nimi nic wspólnego. Ale polityka i historia są częścią życia ludzkiego, podobnie jak malarstwo, jak rzeźba i architektura, co dokładnie widać w dziejach miast-państw włoskich. Tych spraw i wydarzeń politycznych Karpiński nie pomija, pojmuje bowiem ich znaczenie w kształtowaniu się włoskich miast-państw, owocujące potem w postaci olśniewających nas dzieł sztuki.

Karpiński jawi się w tej książce jako jeden ze znakomitych dyletantów, co dla mnie brzmi jak pochwała. Takimi „dyletantami” byli w Polsce Chłędowski czy Klaczko, a bliżej nas Mycielski, Czapski i Iwaszkiewicz. Karpiński pisze o sztuce, jako o cząstce ludzkiej działalności, cząstce życia tych, co dzieła sztuki tworzyli, i tych, co dzisiaj je oglądają…

To rodzaj małego traktatu, który bierze się nie tylko ze znajomości sztuki; są w nim także inne ważne dary. Umiejętność łączenia wielu dziedzin jest wielką zaletą tego pisarstwa. Tak o sztuce umiano pisać dawniej, przypomnijmy tu choćby Fromentina czy Stendhala.

(„Zeszyty Literackie” 1997 nr 4 / 60)


Joanna Pollakówna

null

Pamięć Włoch Wojciecha Karpińskiego jest zapisem ważnego doświadczenia wewnętrznego. Mam tu na myśli doświadczenie osobistego przeżycia w zetknięciu z tym, co dotychczas istniało jako wyobrażenie — zaczerpnięte z lektur i z tej rozproszonej w intelektualnym powietrzu legendy, która spowija nostalgicznym obłokiem pewne budowle, dzieła sztuki i miasta.

Takie doświadczenie osiąga się świadomą, przygotowującą pracą. Dwudziestoparoletni Karpiński do swego doświadczenia przygotował się zadziwiająco umiejętnie… Karpiński do swoich Wanderjahre wybrał doskonałych przewodników: Pawła Muratowa, Ferdynanda Gregoroviusa — miłośników i znawców Włoch; jako swoje literackie drogowskazy wyobraźni — Iwaszkiewicza, polskich poetów romantycznych. Pamięć jego zaludniały wielkie cienie tych, co duchowy pejzaż Włoch tworzyli i tych, którzy z niego umieli czerpać. Przywoził więc do Włoch rzeczywistych swoje własne, świadomością i imaginacją wzniesione Włochy… Słuch Karpińskiego wyczulony na ten wielogłos artystów, pisarzy, dziejopisów i filozofów, który, odpowiadając sobie nawzajem, przechwytując i przetwarzając misternie przewijające się wątki, stapia je, poprzez czasy i przestrzenie, w chór europejskiej kultury.

(„Zeszyty Literackie” 1997 nr 4 / 60)


Magdalena Grochowska

null

Twarze Wojciecha Karpińskiego... Z okładki patrzy młodzieniec o skupionych oczach. Tę twarz narysował jeden z bohaterów książki Karpińskiego Krzysztof Jung. Uderza intensywność spojrzenia, jakby skoncentrowały się w nim tajemnice życia ludzi sportretowanych w zbiorze.

Wyspiański, Muratow, Chiaromonte – tych spotkał autor w ich pismach. Paweł Hertz – poznany najpierw z legendy i anegdot, potem ze szkiców w „Nowej Kulturze”, wreszcie w rytuale rozmów prowadzonych na jego poddaszu przy Nowym Świecie. I krąg Jerzego Giedroycia – z tymi Karpiński obcował w Paryżu.

Poprzez ich portrety kreśli własną biografię duchową i prywatną historię kultury. Jego los splątał się z losami tamtych, suwerennych humanistów, którzy hojnie go obdarowali. Teraz – szesnaście lat od wydania swej ostatniej książki – robi bilans: od kogo uczył się nazywania świata; czyją sztuką „przemywał sobie oczy”; które spośród ich myśli przyjął za swoje; jak budował z nich własne pojęcie wolności.

Połowa lat 60. Studiuje na Uniwersytecie Warszawskim literaturę francuską XVII wieku. Żyje w poczuciu fałszu oficjalnego świata; twórczość Racine’a wydaje mu się niszą wolną od ideologii. Ale kostium filologa go uwiera. Zrzuca go w bibliotece uniwersyteckiej, gdzie ma dostęp do pism wydawanych przez Kongres Wolności Kultury – „Preuves” i „Encounter” – krytycznych wobec ideologii totalitarnych.

Z literaturą emigracyjną zetknął się przez swego starszego brata Jakuba już jako nastolatek. Miłosza czytał w Bibliotece Narodowej (mieszczącej się wówczas naprzeciwko więzienia na Rakowieckiej) – nim mu go odebrano w czytelni. Szukał właściwych słów do opisu świata. Podczas studiów wyjeżdża kilkakrotnie do Paryża. Poznaje Józefa Czapskiego, Aleksandra Wata, Konstantego Jeleńskiego. Chłonie „Kulturę” i wydawnictwa Instytutu Literackiego. W Warszawie podejmuje studia filozoficzne. Pisze, ale jego szkice o Gombrowiczu i Dostojewskim w tamtym czasie nie mogą się ukazać. Poznaje kolejne kręgi Giedroycia – Jerzego Stempowskiego, Witolda Gombrowicza w Vence, Gustawa Herlinga-Grudzińskiego, Czesława Miłosza.

Szok Marca ’68. Usunięty z uniwersytetu. Język szumowin rozlewa się triumfalnie. Ale z dala od oficjalnego nurtu język oczyszcza się, zauważa Karpiński, wyzwala z gorsetu komunistycznej nowomowy. Wychodzą z cienia przyjaciele – doświadcza z nimi chwilowej wspólnoty – i przepadają w mroku emigracji. Brat Jakub trafia do więzienia za przemyt „Kultury”. Gdy opary Marca opadną, Karpiński znajdzie dla swej eseistyki miejsce na łamach „Tygodnika Powszechnego” Turowicza i „Twórczości” Iwaszkiewicza, w krajowych pismach wolnych od kłamstwa. A także – pod pseudonimem – w „Kulturze” paryskiej.

[…]

Gdzie szukać klucza do Karpińskiego? W jego Książkach zbójeckich. W jego odbiorze malarstwa. W nałogu czytania poezji. W nadawaniu wierszom rangi magicznego amuletu i modlitwy. W upodobaniu do Sześciu wykładów wierszem Miłosza. I w poruszającym portrecie zmarłego nagle przyjaciela Krzysztofa Junga.

W eseju Krzyś ginie dystans między autorem a portretowanym, wyczuwalny w innych szkicach Karpińskiego. Przyjaźń z Jungiem trwała ćwierć wieku. „Nie spotkałem nikogo o tej intensywności reagowania na świat”, wyznaje Karpiński.

(„Gazeta Wyborcza” 3 I 2013 z okazji ukazania się książki Twarze)


Adam Zagajewski

Bodajże w roku 1969 poznałem w Zakopanem Krzysztofa Michalskiego – byliśmy obaj uczestnikami spotkania studentów filozofii. Krzysztof wygłosił świetny referat, o moim wolałbym nie pamiętać (już wtedy dużo bardziej pociągało mnie pisanie wierszy niż ślęczenie nad tomami rozpraw filozoficznych). Mimo tej asymetrii zaprzyjaźniliśmy się natychmiast. Krzysztof powiedział mi w pewnym momencie: "Słuchaj, czy chciałbyś poznać kogoś niezwykłego, intelektualistę, który mimo młodego wieku osiągnął już ogromną dojrzałość i pracuje nad rzeczami wielkiej wagi?".

[...] I to był Wojciech Karpiński. Aura tego pierwszego spotkania na zawsze przylgnęła do obrazu Wojtka, obrazu samotnika, skupionego, poważnego, przetrwała długo w mojej pamięci - a był to przecież moment bardzo smutny, tragiczny, po Marcu '68, którego złego uroku nic jeszcze wtedy nie odczyniło.

Po latach, kiedy czytałem mistyczny esej Hugona von Hofmannsthala "Raoul Richter", w którym narrator opowiada, jak w alpejskiej miejscowości poznał niezwykłego młodego człowieka (postać realną, osobę, o której wielokrotnie, dużo mniej mistycznie, wspomina w swoim dzienniku Harry Graf Kessler), przypomniałem sobie zakopiańskie wydarzenie. [...]

W Paryżu, w latach 80., rychło zostaliśmy kolegami współredagującymi świeżo wtedy założone "Zeszyty Literackie". Redagowaliśmy je wspólnie – proszę jednak nie myśleć, że spotykaliśmy się na kolegiach redakcyjnych i w zadymionej sali dyskutowaliśmy o następnym numerze. Zeszyty cechowały się tym, że nie było żadnych zebrań, Barbara Toruńczyk uzgadniała z przyjaciółmi kształt każdego numeru telefonicznie czy w podczas spotkania w kafejce. [...]

W Paryżu poznałem innego Wojtka, nie tylko zakopiańskiego samotnika, ale i kogoś, kto bardzo lubił towarzyskie spotkania. Odbywały się w kawiarni czy na rue Surcouf, gdzie u pallotynów mieściła się paryska filia warszawskiej czy krakowskiej sali odczytowej, czy też u niego w domu, w szesnastce [...]. Na ścianie wisiało znane płótno Czapskiego, młody człowiek, widziany od tyłu, wpatrzony w obraz de Staela – i to piękne dzieło, obraz w obrazie, utrzymane w jasnej, żółcistej tonacji było słońcem małego mieszkania.

Wtedy też poznałem błyskotliwość konwersacji Wojtka. Przyzwyczajony do mrukliwych nieraz poetów, byłem pod wrażeniem jego świetnej inteligencji, zawsze obecnej w rozmowach. Czuło się, że lubi rozmawiać. Nie stronił od sądów negatywnych. Jednych pisarzy czy artystów wielbił lub szanował, innych stanowczo odrzucał i na wszystko miał przemyślane argumenty, co na tle nieco kleistej natury konwersacji w Polsce działało to odświeżająco, tonizująco.

Lubię i bardzo cenię książki Wojtka – zawsze subtelne, zawsze zrywające z polską prowincjonalnością [...]. Był znakomitym pedagogiem, z samotności, z lektury, ze spacerów po muzeach wynosił skarby obserwacji i refleksji i dzielił się nimi z innymi.

Był człowiekiem, który na kimś, kto go dobrze nie znał, mógł robić wrażenie kogoś tak inteligentnego, że aż chłodnego. Ale to złudzenie. Była w nim też dobroć, chęć pomocy innym. Straciliśmy kogoś wyjątkowego.

("Gazeta Wyborcza" 20 VIII 2020)


Aleksander Smolar

... Wojtek nie był swoim biografem, ale jego rozsiane w wielu miejscach uwagi tworzą coś na kształt autobiografii. Otóż bardzo wcześnie zdefiniował on rzeczywistość, w której żył. Jestem starszy od niego  i żyjąc w tych samych co on czasach, podziwiam, jak wcześnie, już w wieku 12-13  lat, wiedział dokładnie, w jakim żyje świecie i wiedział, że nie jest to jego świat. Miał świadomość, że wolność, odzyskanie suwerenności i panowania nad własnym losem wymaga nowego języka, nowej dykcji. Cytował często Miłosza z Traktatu poetyckiego, gdy Miłosz pisał o nowym języku, który przyniesie ocalenie

„Od prawa, które nie jest naszym prawem,

Od konieczności, która nie jest nasza,

Choćbyśmy nasze nadali jej imię”.

Słowa te, mówił Wojtek, odegrały dla niego rolę formacyjną i pozostały dla niego wskazówką na całe życie. Podziwiałem stałość Wojtka. Jego rozpoznanie rzeczywistości stawało się coraz bardziej subtelne, rozbudowane, ale zasadnicze zręby pozostawały niezmienne. Daleki był od wszelkiego radykalizmu, z którejkolwiek strony. Nawet jeśli pewne poglądy były mu bliższe niż inne, to wszelkie radykalne formy tych poglądów były mu obce. Natrafiliśmy ostatnio na jego krótką wypowiedź z 1965 roku. Na tle Uniwersytetu Warszawskiego, odpowiadając na pytanie francuskiego dziennikarza, co jest mu najbardziej wrogie, czego nie znosi, młodziutki Wojtek mówi piękną francuszczyzną: nie znoszę, gdy ktoś zmusza mnie do robienia czegoś, co jest mi całkowicie obce. Zastanawiałem się, co wtedy znaczyły te słowa Wojtka. Oczywiście chodziło o przemoc zewnętrzną, ze strony Związku Sowieckiego. O przemoc wewnętrzną, przemoc ideologiczną PRL-u z jej kłamstwem i zniewoleniem. Wojtek wielokrotnie później o tym mówił i pisał. Ale wroga mu też była przemoc grup, które wywierają presję i wymuszają dyscyplinę; nie znosił przemocy poprawności politycznej. Przemocy ludzi, którzy są przekonani, że znają odpowiedzi na pytania najważniejsze i swoje odpowiedzi próbują narzucić innym. W tym sensie  był doskonałym liberałem. Choć był również w pewnym sensie konserwatystą.

Wojtek w bardzo młodym wieku sformułował swój program wolności. Wcześnie też rozpoznał najwyższe wartości w kulturze, w literaturze polskiej. Nie ukrywał, iż był z tego dumny. Dla niego twórcami odrodzenia kultury polskiej byli Witold Gombrowicz, Czesław Miłosz, Gustaw Herling-Grudziński, Konstanty Jeleński, Józef Czapski, Aleksander Wat, Jerzy Stempowski. Ci autorzy „książek zbójeckich” byli nauczycielami, których sobie wybrał w młodości i którzy stali się przewodnikami jego życia. Poprzez ich portrety kreślił własną biografię duchową i prywatną historię kultury. Wojtek był też wielkim pedagogiem i popularyzatorem: ważne dlań  było przywracanie polskiej świadomości fundamentów kultury. Rozumiał doskonale, że po 1989 roku kluczowe dla Polski były polityka i gospodarka, kultura pozostała gdzieś z boku. Ale wiedział, że przyjdzie czas powrotu do fundamentów. Wiedział i mówił to.  Swoją misję postrzegał jako dbanie o obecność w świadomości zbiorowej Polaków tego, co według niego najważniejsze jest w kulturze polskiej, ale również w dziedzictwie kultury europejskiej.

Swoistym testamentem Wojtka i potwierdzeniem jego niezwykłej zdolności wyczuwania tego, co ważne w polskiej kulturze, jest ostatnia jego książka, 120 dni „Kultury”, napisana w czasach pandemii. Książką tą Wojtek nie tylko potwierdził wierność dziedzictwu tych wielkich autorów. Uświadamia ona również, że sam stał się jednym z nich. 

(Père Lachaise, 26 VIII 2020)